5 POWODÓW, DLA KTÓRYCH INSTAMACIERZYŃSTWO TO NIE NASZA BAJKA

Nie nasza, ale miliony ludzi dzień w dzień zdają się w tę bajkę wierzyć. Choć prowadzimy bloga głównie o tematyce podróżniczo-kulinarnej i rzadko piszemy o macierzyństwie jako takim, to odkąd mamy córkę, siłą rzeczy tematyka rodzicielska nas dotyczy i czasem przenika przez nasze teksty. Raczej zawsze w powiązaniu z podróżami lub jedzeniem, ale ten tekst będzie jednym z nielicznych wyjątków.  Ten wpis nie jest wymierzony w żadną konkretną osobę czy blogera, a raczej w trend dominujący w sieci. Poznajcie zestawienie 5 kwestii, w których wolimy być w mniejszości, nawet jeśli miałoby nam na zawsze towarzyszyć widmo braku internetowego fejmu, szepczące nam do ucha: „Ej, mogliście to robić inaczej i zgarniać lajki”. No nie, nie mogliśmy.

 

 

 

1. Nie chcemy udawać, że życie z dzieckiem jest istną pełnią szczęścia.

Regularnie obija nam się o oczy w mediach społecznościowych jakaś przesłodzona, pozowana fotka przedstawiająca roześmianą mamę w full makeupie, z wystylizowanym dzieckiem, w otoczeniu designerskich gadżetów. Albo po raz kolejny ktoś na lukrowym blogu lajfstajlowym przekazuje, tekstem lub stylistyką zdjęć, wizję słodkiego i idyllicznego rodzicielstwa, obowiązkowo pełnego modnych w tym sezonie gadżetów. To nie są zdjęcia z magazynów ani z profesjonalnej sesji fotograficznej, którą każdy z nas raz czy dwa w życiu sobie zafunduje. To ma być rzekoma codzienność dzisiejszych matek i ich kilkumiesięcznych bobasów, które nie raczkują już po zwykłej, czasem nieco brudnej podłodze, lawirując między zabawkami, ale spędzają czas w inscenizowanym otoczeniu, w którym każdy, najzwyklejszy przedmiot staje się elementem bajecznej scenografii.

 

 

 

 

Od razu dementujemy możliwe zarzuty – czasem tez pozujemy do zdjęć i publikujemy przecież te najładniejsze, lubimy siebie i córkę ładnie ubrać, mamy w domu trochę gadżetów. I tak, nasze macierzyństwo jest pełne szczęśliwych momentów i nie, nikomu nie zazdrościmy czerpania radości z bycia rodzicem i to nie zazdrość jest przyczyną naszej frustracji.  Jeśli ktoś regularnie wrzuca do sieci sielskie obrazki, okraszone najlepiej hashtagami podkreślającymi magię uczucia typu „loveisintheair”, to w pierwszym momencie od nadmiaru lukru robi nam się niedobrze, a potem zaczynamy analizować, skąd to się bierze. Oto nasze wnioski.

Pod każdym nadmiarem kryje się głęboko jakiś brak. Wiemy, że w realnym życiu taki rodzic, tak samo jak my, musi momentami cierpieć na brak czasu, brak szczęścia, brak wolności. Wiemy, że tak po prostu wygląda alternatywne życie w sieci – oparte na przekłamaniu, podkręcaniu rzeczywistości filtrami i mechanizmem okłamywania samego siebie, żeby poczuć się lepiej. Gdzieś na poziomie racjonalnym my to wszystko wiemy, ale na poziomie emocji i tak nas to rusza. A potem te emocje próbują przemówić nam do rozumu i w naszej głowie pojawia się przebłysk takiej oto myśli: „A może to jednak my nie dajemy sobie rady z naszym rodzicielstwem? Może to nas drażni, bo nowa rodzicielska rzeczywistość nas przerasta?”

Obiecujemy, że na naszym blogu nie będziemy serwować wam takich myślowych tortur i uderzać w wasze rodzicielskie poczucie wartości i sensowności tego, co robicie (lub czego nie robicie). Raz na jakiś czas zobaczycie zdjęcie nas uśmiechniętych, szczęśliwych, a naszej córki wystrojonej, ale nie będziecie rzygać tęczą za każdym razem, gdy odpalicie naszą stronę lub fanpejdż. Bo nam w natłoku macierzyńskich obowiązków brakuje czasu i chęci na to, by codziennie udawać (i na przykład sprzątać pierdyliard zabawek z podłogi na potrzeby kadru idealnego, by zaraz znowu na ziemi był armagedon). Najpiękniejsze chwile z dzieckiem przeżywamy w realu i nie da się ich sfotografować, bo zanim zdążymy chwycić za aparat, to Melka właśnie zdąży się znudzić tym, co z chęcią robiła przez ostatnich kilka minut. Żaden hasztag ze słowem „love” nie jest w stanie przekazać choćby części tego uczucia i tej więzi, która jest między nami a dzieckiem, i w której nie brakuje też łez, złości i zmęczenia.

 

Czego się robi, by mieć chwilę dla siebie. A otoczenie średnio wtedy przypomina krainę z bajki, w której wszystko jest dobrane pod kolor.

 

2. Nie chcemy kłamać, że z dzieckiem wszystko można, wystarczy chcieć.

Bycie rodzicem nie stanowi dla nas automatycznie pełni szczęścia, mamy też mnóstwo innych zainteresowań i aspiracji w życiu. Odkąd jest w nim także nasza córka, musimy się nieźle nagimnastykować, żeby jakoś godzić te inne sfery życia z rodzicielstwem. Spytacie: „Jak to, przecież podróżujecie z dzieckiem i piszecie o tym, jakby to była bułka z masłem?”.

Rodzicielstwo totalnie zrewolucjonizowało nasze życie i zmieniło styl podróżowania. Podróże i blogowanie przed dzieckiem? Czaimy się na super promo, kupujemy na spontanie loty na Kubę z Madrytu za 800 zł w dwie strony. Lecimy lub jedziemy gdziekolwiek, jakkolwiek, nocując z grubsza gdziekolwiek. Na wyjeździe robimy, co chcemy, co w naszym przypadku oznaczało raczej jak najaktywniejsze zwiedzanie i odhaczanie kolejnych punktów na mapie. Degustujemy lokalne alkohole, chodzimy po knajpach, a gdy chcemy, to śpimy do południa. Po powrocie z wyjazdu od razu zbieramy materiał w całość, piszemy teksty, obrabiamy zdjęcia. Gotujemy i sprawdzamy nowe przepisy, gdy tylko mamy na to ochotę i gdy akurat nie mamy lekkiego kaca.

Podróże i blogowanie z dzieckiem? Czaimy się, by zadzwonić do taty i zapytać, kiedy moglibyśmy pożyczyć jego kampera, by wyjechać na jak najmniej kosztowny wypad na Podlasie. Termin wyjazdu planujemy tak, by brać jak najmniej wolnego w pracy i by nie kolidował z żadną wizytą Meli u lekarza. Na wyjeździe dostosowujemy nasz rytm dnia do Meli, czyli wstajemy codziennie o świcie, atrakcje planujemy, gdy jest aktywna, a przejazdy autem staramy się zgrać z porą jej drzemek. Na szczęście piłka gimnastyczna jakoś mieści się w kamperze i dajemy radę na niej poskakać w ramach wieczornego usypiania. Lokalne alkohole degustujemy co czwarty wieczór, chyba że wcześniej zaśniemy po przeczytaniu ledwie kilku zdań w książce, którą męczymy od miesięcy. Po powrocie z wyjazdu kilka dni poświęcamy na pranie, duże zakupy spożywcze, powrót na gordonki, ogarnięcie temperamentu Melki i jej powyjazdowego skoku rozwojowego, kiedy przez kilka nocy nie może spać, bo w jej głowie układa się wszystko to, czego doświadczyła w trakcie podróży. Gotujemy po raz kolejny makaron z pesto lub tosty z szynką i serem, popijając to wszystko zimną herbatą. Jeśli po kilku dniach, tygodniach, nie zdążymy zapomnieć, gdzie byliśmy, to powstaną teksty, relacje, opowieści z podróży.

 

Pedicure z niemowlakiem? Wystarczy chcieć!

 

Nowy towarzysz każdej naszej wyprawy – piłka gimnastyczna

 

Przez kilka pierwszych miesięcy życia Meli organizacja najprostszego posiłku była nie lada wyzwaniem, ale przecież dla chcącego nic trudnego!

 

Czyli „wszystko można, wystarczy chcieć” to taka półprawda (a może i 100% prawda, jeśli zamierzacie tresować swoje dziecko jak małpkę). My podążamy za tym, jakie jest nasze dziecko i staramy się tę naszą rodzinną rzeczywistość ogarnąć na nowo, szanując temperament i potrzeby wszystkich. Możemy wciąż robić dużo, ale na pewno nie wszystko. I na pewno prawie każdą rzecz robimy kompletnie inaczej niż dotychczas, wypracowując nowe schematy działania. Podróże, gotowanie, wspólne posiłki – wciąż czerpiemy z tego radość, bo w tych dziedzinach udało się utrzeć nowe ścieżki i opracować strategie, dzięki którym ma to dla nas sens. Są też jednak ważne dla nas rzeczy, z których zrezygnowaliśmy prawie całkowicie. Przykład? Nie jeździmy na festiwale muzyczne. Ani sami we dwójkę, bo na tym etapie nie jesteśmy w stanie rozstać się z naszą córką na dłużej niż kilka godzin. Ani tym bardziej z córką, bo sprowadzenie uczestnictwa w festiwalu do odwiedzenia strefy gastro, pobieżnego zerknięcia na kilka koncertów i do zrobienia sobie selfiaka w naszym odczuciu mija się z celem. Festiwal w naszym wydaniu to całonocna impreza, koncert za koncertem i nierzadko barierki. W tej kwestii iść nam na kompromis ciężko, a skoro ciężko, to nie chcemy sobie fundować źródła frustracji. Nie wszystko można. Nie wystarczy chcieć. Czasem się nie da i już. 

 

 

3. Nie chcemy szastać wizerunkiem naszego dziecka.

Bo dlaczego miałoby Was w ogóle interesować to, jak wygląda nasze dziecko? Raz na jakiś czas zerkniecie na fotkę i pomyślicie: „OK, fajna dzidzia”. A potem i tak pomyślicie coś w stylu: „Ale moja Kasia to ma więcej włosków”. Dla każdego rodzica jego dziecko jest najmądrzejsze i najpiękniejsze, i niech tak pozostanie. Nie oczekujemy żadnych zachwytów nad naszym dzieckiem, bo i tak znamy najlepiej jego wartość, a inne dzieci nas średnio ruszają.

Nie będziemy więc dawać Wam zbyt wielu okazji do analizowania urody i wdzięku naszej córki, ale jest też druga i chyba ważniejsza przyczyna takiej decyzji. Mówiąc delikatnie, niezbyt nam się podoba nadmierne epatowanie wizerunkiem dziecka w sieci, choć nie należymy też do całkowitych przeciwników, którzy nie pokazują dziecka w ogóle lub jedynie jego fotki od tyłu. Jest takie słowo jak „godność”, mówi się też dzisiaj dużo o „integralności” dziecka. Kiedyś mówiło się, że „dzieci i ryby głosu nie mają” i w naszym odczuciu to idealnie pasuje do sytuacji, gdy rodzic bombarduje media społecznościowe zdjęciami swojego dziecka, które głosu w tej kwestii nie ma i nie powie: „Mamo, nie chcę. To zdjęcie mi się nie podoba. Daj spokój, to nie mój dziennik, ale twój profil”. Za to jest prawdopodobne, że za kilkanaście lat powie: „Co za obciach, wszyscy w klasie przeglądają moje zdjęcia, jak byłam niemowlakiem! I żeby to jeszcze było na XXX [wstawić dowolną nazwę aktualnie popularnego serwisu społecznościowego], a nie na Facebooku czy na Instagramie! Mamo, jak mogłaś mi to zrobić, bez mojej zgody, bez mojej wiedzy?”. Lepiej nie mieć się z czego tłumaczyć i już dzisiaj poskromić swoją nieodpartą chęć chwalenia się dzieckiem, które i tak nie interesuje nikogo poza jego własnymi rodzicami i dziadkami.

 

Dla nas zawsze będzie najlepsza, wiadomo.

 

4. Nie chcemy promować takich produktów dla rodziców, które są niezgodne z naszym podejściem do rodzicielstwa.

Gdy otrzymamy propozycję współpracy opartą na promocji produktu czy gadżetu rodzicielskiego, zrobimy bardzo dokładny rachunek zysków i strat. Widzimy, jak wielu rodziców jest codziennie wprowadzanych w błąd nachalnymi reklamami, np. mleka modyfikowanego następnego, które jest totalnie zbędne w diecie dziecka. Możecie być spokojni, że to, co kiedykolwiek będziemy lokować na naszym blogu (z własnej, nieprzymuszonej woli lub w ramach współpracy ze sponsorem) będzie produktem, który nie zaszkodzi Waszemu rodzicielstwu, a może co najwyżej okazać się w Waszym rodzicielstwie zbędny. Będziemy pisać o fajnych książkach dla dzieci (które mogą, ale nie muszą interesować Waszego dziecka), ale nie będziemy reklamować butelek czy smoczków, przez które wiele mam może przedwcześnie zakończyć swoje karmienie piersią. Możemy wspomnieć o polskich kaszkach HELPA z super składem, ale już nie o kaszkach wielkich koncernów żywnościowych, zazwyczaj nafaszerowanych cukrem i jego różnymi zamiennikami. Nie doświadczycie u nas zdjęć wisiadeł ani rad, jak motać dziecko w chuście, co od samego początku niezbyt dobrze nam wychodzi. Nie będziemy promować szumisia, który poza tym, że jest bardzo ładny, nie za bardzo nam pomagał, nie doradzimy też, które łóżeczko ze szczebelkami powinniście wybrać, bo dla nas to nieistniejący mebel. Nie istnieje żaden taki gadżet ani zbiór gadżetów, który sprawi, że będziecie szczęśliwszymi rodzicami. Nie pomożemy Wam w osiągnięciu pozornych sukcesów rodzicielskich drogą na skróty, poprzez kupowanie kolejnych gadżetów, których wcale nie potrzebujecie.

 

Tak NIE noście swoich dzieci w nosidłach, choć obrazki krążące po sieci mogłyby sugerować, że nie ma w tym nic złego.

 

5. Nie będziemy uważać się za ekspertów od Waszych dzieci.

Chyba słusznie zakładamy, że jako rodzicom często zdarza się Wam słuchać złotych rad, które w żadnej dotychczasowej dziedzinie Waszego życia nie drażniły tak bardzo jak w rodzicielstwie. Bo przecież każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej, więc dobrze wie, co i jak! A że nie wszyscy czytają, a ci nieliczni, którzy zgłębiają wiedzę, często sięgają po niewłaściwe i nierzetelne źródła, to jest jak jest – otaczają nas samozwańczy eksperci, którym przysługuje prawo do oceniania naszych żałosnych i nieskutecznych metod.

My jesteśmy w gronie tych rodziców, którzy nieustannie zgłębiają wiedzę, poddając wiele kwestii w wątpliwość, i nie wychylają się ze złotymi radami, bo wiedzą, jak mało jeszcze wiedzą. A, tak naprawdę, ile byśmy nie wiedzieli, to i tak nigdy nie będziemy uważać się za ekspertów od rodzicielstwa. Dążymy jedynie do tego, by być ekspertami od naszego własnego dziecka, czego i Wam z całego serca życzymy.

 

 

blog parentingowy / rodzicielstwo w sieci / macierzyństwo w sieci / instamacierzyństwo / jak wygląda macierzyństwo w sieci / macierzyństwo w internecie / internetowe macierzyństwo / rodzice i dzieci w sieci / rodzicielstwo bliskości / podróże z dzieckiem / macierzyństwo w rzeczywistości a w sieci / rzeczywistość rodzica / prawdziwe życie rodzica / jak naprawdę wygląda macierzyństwo /

2 komentarze

  • comment-avatar
    Henryk 11/08/2018 (17:43)

    Jesteście pięknymi narcyzami i nie wchodzcie w rodzicielstwo. Bądźcie sobą do śmierci. Dziecko to poważny wasz błąd.

    • comment-avatar
      Obieżysmak 11/08/2018 (18:35)

      Mamy nadzieję, Henryku, że to komentarz nie do nas personalnie, ale do reprezentantów trendu, który opisujemy. 😉