SPITSBERGEN – 9 POWODÓW, DLA KTÓRYCH WARTO ZMARZNĄĆ

Zastanawiasz się, czy wyjazd na Spitsbergen w ogóle ma sens? Czy jest tam co oglądać, poza śniegiem i skutym lodem krajobrazem? Po naszej wyprawie utwierdziliśmy się w tym, że takie zimowe wypady mają swój urok, tylko trzeba być do nich odpowiednio przygotowanym i nastawionym. Stworzyliśmy zestawienie 9 powodów, dla których warto pojechać na archipelag Svalbard. Sprawdź, co zobaczyć na Spitsbergenie.

1. Bo nie byłeś na prawdziwej Północy, jeśli nie widziałeś zorzy polarnej.

Spitsbergen to największa wyspa archipelagu Svalbard, położona daleko za granicą północnego koła podbiegunowego. Patrząc na mapę Google, możemy uznać archipelag za duży, jednak musimy pamiętać o odwzorowaniu walcowym, które sprawia, że im dalej na północ patrzymy, tym większe wydają się tereny. W rzeczywistości powierzchnia wyspy jest tylko nieco większa od naszego największego województwa mazowieckiego i wynosi 39 tysięcy km2. Przez trzy miesiące w roku panuje tu noc polarna, a na niebie, nawet poza okresem nocy, całkiem często można zobaczyć polarne zorze. Nam w marcu udało się to aż trzy razy w ciągu tygodnia. Dolecieliśmy na Spitsbergen dosyć mocno kombinowanym lotem przez Sztokholm, Oslo i Tromsø, ale można skrócić sobie drogę, ograniczając się na przykład do lotu Gdańsk – Tromsø – Longyearbyen, który można kupić za 600 – 900 zł. Najłatwiej dostać się tu w sezonie, który trwa od marca do sierpnia.

2. Bo mróz da się oswoić.

Ciężkie warunki pogodowe są do zniesienia pod warunkiem, że jest się na nie odpowiednio przygotowanym. Gdyby nie kalesony z wełny merynosów, pewnie nie wspominalibyśmy zbyt dobrze tej wyprawy. Mimo polarnych ciuchów i tak nie uniknęliśmy lekkiego odmrożenia palców, a ogrzewacze chemiczne przez cały dzień pomagały nam rozgrzewać dłonie, które w temperaturze około -20 stopni marzły w ekspresowym tempie. Podobno na dłuższą metę można się do tego przyzwyczaić i, faktycznie, na naszym przewodniku pochodzącym z Syberii, czy na młodzieży dorastającej na wyspie, mróz zdawał się nie robić większego wrażenia. W lato średnia temperatura waha się w okolicach kilku stopni na plusie, przez co śnieg w miasteczku topnieje, a krajobraz mocno się zmienia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3. Bo duże mrozy to jeszcze większe zarobki.

Miasteczko Longyearbyen to najdalej wysunięta na północ osada ludzka. Mieszka tu około 2000 ludzi i raczej niewielu z nich decyduje się zostać tu na lata. Podobno przyjeżdża się tutaj głównie po to, by dobrze zarobić, bo stawki za pracę są, odpowiednio do kosztów, bardzo wysokie. Słyszeliśmy o średnich dochodach rzędu 25-30 tysięcy koron, czyli mniej więcej 12 tysięcy złotych. Co prawda, żeby wyrobić tu etat, trzeba często parać się kilkoma różnymi pracami, bo w tak niewielkiej społeczności nie ma zbyt dużego zapotrzebowania na specjalizacje.

4. Bo można pościgać się na skuterach śnieżnych w poszukiwaniu białego misia.

Wszystkie drogi całego archipelagu mają niezbyt zawrotną długość 40 kilometrów. Znaczna większość znajduje się w miasteczku Longyearbyen i jego okolicy. Aut jest tu niewiele, za to skuterów śnieżnych podobno więcej niż ludzi. Na stanowisku z gazetami widzieliśmy aż cztery tytuły poświęcone tym maszynom. Na wyjeździe z miasteczka znaki ostrzegawcze przypominają o największym zagrożeniu na wyspie, czyli niedźwiedziach polarnych. Ich populacja w całym regionie morza Barentsa podczas ostatnich badań w 2004 roku została oszacowana na 2500 osobników. To niezbyt wiele jak na dosyć spory obszar kilku wysp, ale wystarczająco dużo, żeby stanowiły realne zagrożenie dla ludzi. Około raz w roku ktoś na wyspie ginie w wyniku ataku tych pięknych zwierząt, dlatego poza miastem trzeba zachować szczególną ostrożność i lepiej nie ruszać się nigdzie bez strzelby i pistoletu ostrzegawczego na flary. Od 1973 roku niedźwiedzie są pod ochroną, a każdy przypadek ich zabicia powoduje śledztwo mające na celu sprawdzić, czy nie było innego wyjścia, by uniknąć strzału. To wszystko brzmi groźnie, ale tak naprawdę turysta musi mieć sporo szczęścia, żeby zobaczyć jakiegoś białego osobnika, choćby z daleka, przez lornetkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

5. Bo można tu pochodzić z bronią.

Z powodu niedźwiedzi widok broni jest na porządku dziennym. Mieszkańców nie dziwi pancerna szafa po wejściu do kościoła. Zakaz wnoszenia broni obowiązuje w obiektach typu sklep czy, oczywiście, bank. Innym zwyczajem, który zaskoczył nas „na wejściu” do kilku miejsc, jest obowiązek zdejmowania butów. To podobno tradycja, która zachowała się jeszcze z czasów kopalnianych. Aktualnie działa tu już tylko jedna kopalnia węgla, ale kiedy działało ich więcej, to wszechobecny pył utrudniał utrzymanie wnętrz w czystości, stąd zwyczaj zostawiania brudnych butów zaraz za drzwiami.

6. Bo kto by nie chciał spróbować foki, renifera lub wieloryba?

To, co interesuje nas najbardziej, czyli jedzenie, jest tutaj bardzo drogie. Przykładowo, talerz zupy to wydatek około 40 zł. Dania główne są jeszcze droższe. Porcja pysznego, arktycznego pstrąga albo dorsza z dodatkami kosztuje około 60 zł, a wołowina o kolejne 10-20 zł więcej. Kiedyś działał tu ponoć niezły bar sushi, ale, ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu (już prawie czuliśmy smak nigiri z lokalnych morskich ryb), został zamknięty z powodu problemów z dostępnością lokali. Jeśli liczycie na coś bardziej oryginalnego, to w Longyearbyen możecie zjeść mięso foki, renifera albo nawet wieloryba. Norwegia jest obok Japonii i Islandii jednym z trzech ostatnich krajów na świecie, który nie uznał zakazu polowania na te olbrzymy. Jeśli sumienie Wam pozwoli, to polecamy zamówić stek z renifera. To o tyle trudne, że zwierzęta te chodzą sobie na wolności po okolicy i niespecjalnie boją się ludzi, więc bez większego problemu można podejść do nich na kilka kroków. Mimo tego, to właśnie ich mięso jest najdroższe i za talerz przyjdzie Wam zapłacić około 200 zł.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

7. Bo ceny alkoholu są takie jak w Polsce!

Jeśli planujecie żywić się na własną rękę, to z pomocą przyjdzie dobrze zaopatrzony, duży market w centrum miasteczka. Dostawy przypływają w lato co tydzień, a w zimę co trzy tygodnie. Te najświeższe składniki dodatkowo przylatują tutaj samolotami. Początkowo zaskoczył nas duży wybór owoców, warzyw i ziół w doniczkach, ale zdeklasowała je lodówka z mięsem m. in. zebry, pytona czy strusia. Dobrą wiadomością mogą być dla Was rozsądne ceny alkoholi. Wyspa ma swój stały, niewielki podatek rzędu kilkunastu procent i leży w strefie bezcłowej, przez co ceny alkoholi przypominają te z naszego kraju. Co prawda, obowiązują ograniczenia ilościowe – dwie butelki wódki, jedna mocnego wina 14-22% oraz 24 puszki piwa miesięcznie. Jednak nie dotyczą one wina, a taki przydział ma każdy dorosły mieszkaniec (na paszport) lub każdy podróżny (na bilet lotniczy). My w czasie zakupów w tej części sklepu postawiliśmy na lokalny browar, który produkuje kilka gatunków, m.in. IPA, pale ale czy pilsnera (około 10 zł za bardzo estetyczną puszkę – dobry materiał na gastro prezent z podróży).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

8. Bo, jeśli zdarzy Ci się zejść na złą drogę, tutejsza odsiadka jest niczym pobyt w spa.

W czasie naszego pobytu na wyspie trwała produkcja trzeciego sezonu brytyjskiego kryminalnego serialu Fortitude. Dwa poprzednie sezony kręcono na Islandii, a teraz władze wyspy wyraziły zgodę, żeby to okolica Longyearbyen udawała tytułowe miasteczko, gdzie toczy się akcja. W praktyce okolica, poza obecnością niedźwiedzi, jest uznawana za bardzo bezpieczną, a podobno najgorsze przestępstwa, jakie się zdarzają, to np. kradzież roweru w ramach pijackiej fantazji. Policjantów mają tu tylko sześciu, czyli tyle samo, ile łóżek w lokalnym „szpitalu”. Naciąć się na patrol jest dosyć ciężko, ale jeśli już się to Wam przydarzy, to spodziewajcie się dotkliwej kary. Młoda Rosjanka, którą poznaliśmy, dała się złapać na przewożeniu dziecka bez obowiązkowego fotelika i „zarobiła” tym samym na mandat na ponad tysiąc euro. Zarzekała się przy nas, że nie zamierza płacić, bo zamiast tego może spędzić kilka dni, w preferowanym przez siebie terminie, w wybranym norweskim więzieniu, którego standard przypomina przyzwoite rosyjskie hotele. Uznała więc, że potraktuje pobyt w tutejszym więzieniu jak wakacje w sanatorium, z dala od pracy i zmartwień dnia codziennego. Na naszej drodze spotkaliśmy także sympatycznego Brazylijczyka Francesco, który dla telewizji w swoim kraju nagrał już jeden program o przetrwaniu w tym miejscu, a teraz pracuje nad kolejnym o zorzach polarnych (Aurora chasers, w wersji oryginalnej Caçadores de aurora).

9. Bo na wypadek Apokalipsy znajduje się tu rezerwa światowej fauny.

Jednym z najciekawszych punktów w okolicy jest bez wątpienia Globalny Bank Nasion. Dzięki wykorzystaniu naturalnych warunków panujących na dalekiej północy, czyli wiecznej zmarzliny, bez użycia prądu przetrzymuje się tutaj setki tysięcy rodzajów nasion z całego świata. Ostatnie dane z lutego 2017 mówią o 930 tysiącach próbek, z których każda zawiera nawet setki czy tysiące nasion, w zależności od ich rozmiaru. Reprezentują one 13 000 lat historii rolnictwa. Dzięki takim zapasom w przypadku katastrofy ekologicznej będzie można odtworzyć faunę z krajów, które biorą udział w projekcie. Niestety, jest to atrakcja, o której chyba lepiej tylko poczytać, bo nie za bardzo jest tu co oglądać. Do środka mają wstęp jedynie pojedyncze osoby, natomiast z zewnątrz to tylko nowoczesne, niewielkie betonowe wrota. Od zeszłego roku działa tu także Światowe Archiwum Arktyczne zwane potocznie Biblioteką Końca Świata. W tym miejscu, na podobnych zasadach jak nasiona, zbierane są najważniejsze tytuły światowej literatury. Przetrzymywane na specjalnych taśmach mają przetrwać nawet tysiąc lat.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

P. S. Kilka innych praktycznych informacji:

Dobre jedzenie znajdziecie w restauracji Kroa.

Polecamy hotel Mary-Ann’s Polarrigg. Cena za skromną dwójkę to około 160 euro, ale szalona właścicielka, hotelowe korytarze i restauracja w ogrodzie zimowym mogą śmiało robić za dodatkową atrakcję.

Kolejną popularną atrakcją są psie zaprzęgi. Pomijając wątpliwe warunki przetrzymywania zwierząt, jest to droga rozrywka – sporo ponad tysiąc złotych.

Koszt wynajęcia skutera śnieżnego to około 600-700 zł.

 

koło podbiegunowe / archipelag svalbard / norwegia / arktyka / wyspa spitsgerben / co zobaczyć na wyspie spitsbergen / co zobaczyć na spitsbergenie / zwiedzanie spitsbergenu / atrakcje spitsbergenu / czy warto lecieć na spitsbergen / longyearbyen / zwiedzanie longyerbyen / atrakcje longyearbyen / co zobaczyć w longyearbyen / jak polecieć samemu na arktykę / jak polecieć samemu na koło podbiegunowe / jak polecieć samemu na spitsbergen / jak przygotować się do pobytu na spitsbergenie / pobyt na spitsbergenie / wyjazd na spitsbergen na własną rękę / co zobaczyć na svalbard / atrakcje svalbard /  czy warto polecieć na svalbard / pobyt na svalbard / zwiedzanie svalbard /

 

2 komentarze

  • comment-avatar
    podrozemaleduze.com 25/04/2018 (00:14)

    Super wpis. Po nim jeszcze bardziej Chciałabym tam kiedyś pojechać 😉

    • comment-avatar
      Obieżysmak 28/04/2018 (09:26)

      Dzięki! My też chcielibyśmy pojechać jeszcze raz, zwłaszcza że nie byliśmy całą rodzinką 😉 Może uda nam się kiedyś połączyć siły i pojechać na wspólnego tripa!