LAPONIA – CZY WYPRAWA ZA KOŁO PODBIEGUNOWE MA SENS?

Laponia, a przede wszystkim Rovaniemi, z oczywistych względów zawsze kojarzyła nam się z czymś magicznym. Każdy musiał kiedyś słyszeć o wiosce Świętego Mikołaja leżącej na granicy koła podbiegunowego, zamieszkałej przez renifery i elfy, cudownych pomocników Mikołaja. Do listy skojarzeń można jeszcze dodać psie zaprzęgi oraz zorzę i noc polarną. Czy to faktycznie wszystko, co ma do zaoferowania ten region, i czy warto wybrać się tu na wyprawę? Na nas Laponia po kilku dniach zwiedzania zrobiła, delikatnie mówiąc, niezbyt dobre wrażenie.

Zorza

Zacznijmy od tego, co nam wydaje się najciekawsze w wyprawie na daleką północ, czyli od zorzy polarnej. W Laponii to niezwykłe zjawisko zimą występuje całkiem często. Wystarczy jedna z aplikacji na telefon, żeby śledzić obecność zorzy nad nami, jednak pamiętajmy, że to tylko początek. Drugim równie istotnym warunkiem jej zobaczenia jest dobra pogoda, a konkretnie brak zachmurzenia. Dopiero spełnienie tych dwóch warunków daje nam możliwość obserwacji aurory, chociaż to też nie takie proste. Widok rozświetlonego, najczęściej na zielono nieba, który możecie kojarzyć ze zdjęć, to efekt długiego czasu ich naświetlania lub późniejszej obróbki graficznej. W rzeczywistości zorza jest mniej intensywna, przez co wymaga do obserwacji oddalenia się od źródeł światła. To nie takie proste, jak mogłoby się wydawać, więc w tym miejscu z pomocą przychodzą firmy organizujące polarne safari. My wybraliśmy się na taką wycieczkę na skuterach śnieżnych. Koszt 3-godzinnej przejażdżki to wydatek ok. 130 euro. Brzmi ciekawie, ale przejażdżka strasznie nas znudziła. Grupa kilku skuterów jedzie przez około 2 godziny, gęsiego, leśną ścieżką, z prędkością mniej więcej 10 km/h. Zabronione są wyprzedzanie oraz wszelkie inne zachowania wykraczające poza surowe reguły. W największym skrócie – emocje jak na grzybobraniu. Rozumiemy aspekt bezpieczeństwa grupy, ale traktowanie wszystkich uczestników jak małych dzieci sprawia, że taka forma zwiedzania mija się celem. W podobnej cenie można wybrać się na poszukiwania zorzy psimi zaprzęgami, a za jej niecałą połowę (ok. 80 euro) pojedziecie minibusem. Rzecz w tym, że jest bardzo duże ryzyko, że zorzy nie zobaczycie. W czasie naszych kilku dni na północy chmury nie odpuściły ani na moment, a prognozy zapowiadały, że taki stan rzeczy utrzyma się jeszcze przez kolejne dwa tygodnie. To nie przeszkadza większości organizatorów do naliczania pełnej stawki za wycieczkę i unikania poruszania tematu widoczności, aż będzie już za późno na odwrót. Uważamy taką praktykę za nieuczciwą i gdyby nie to, że widzieliśmy już zorze będąc na Spitsbergenie, to bylibyśmy po prostu wściekli.

Ciekawszą, choć znacznie droższą opcją, są hotele typu igloo. Malutkie przeszklone domki, rozmiaru ciasnej kawalerki, to koszt około 500 euro za dobę, natomiast większe, 4-6 osobowe domki z przeszklonym aneksem to już nawet 800 euro. Nie jest to mało, nawet, gdyby podziwianie zorzy było gwarantowane, a – jak już wiemy – nie jest.

Miasteczka i krajobraz

Nasze wyobrażenie tego, jak mieszka się na kole podbiegunowym, także minęło się z rzeczywistością. Byliśmy w kilku mniejszych lub większych miasteczkach, zaczynając od popularnej turystycznie Saariselki, przez daleko wysunięte na północ Inari, po największe i najsłynniejsze Rovaniemi. Przemieszczanie się między nimi autem nie należy zimą do najłatwiejszych. Mimo że w trakcie naszej wyprawy śniegu było jak na ten obszar bardzo mało, to oblodzone drogi nie pozwalały osiągać większych prędkości, choć wynajęte auto miało kolce na oponach. Do tego legendarne mandaty za łamanie przepisów drogowych na skandynawskich drogach też skutecznie studzą entuzjazm. Wracając do miasteczek, niestety nie wyróżniają się one zupełnie niczym szczególnym. Duża ilość świątecznych dekoracji nie jest w stanie odwrócić uwagi od jeszcze większej ilości reklam i banerów, a architektura nie oferuje niczego, na czym warto by choć na chwilę zawiesić oko. Równie źle wygląda to w stolicy regionu – Rovaniemi. Miasto zostało zrównane z ziemią w czasie drugiej wojny światowej, a dzisiaj w jego zabudowie dominuje wielka płyta.

Spotkaliśmy się z głosami, że warto tu przyjechać dla przyrody i naturalnych krajobrazów. Może nie trafiliśmy w odpowiednie miejsca, ale po tym, co widzieliśmy, ciężko nam się z tym stwierdzeniem zgodzić. W okresie, kiedy dzień trwa tylko 2h (w praktyce razem z „szarówką” na początku grudnia jasno jest kilka godzin dziennie), czasu na oglądanie krajobrazów pozostaje niewiele. A te zimą sprowadzają się do nudnego kontrastu białego nieba i ośnieżonej ziemi z czarną linią zalesionego horyzontu.

Najciekawszym budynkiem, jaki zobaczyliśmy w Rovaniemi, było Arktikum. W środku znajdują się dwie ekspozycje – jedna na temat koła polarnego, a druga o rdzennych mieszkańcach regionu, o których za chwilę. Jeśli lubicie dużo plansz do czytania i stare zdjęcia, to miejsce powinno Wam się spodobać, ale musimy przyznać, że nas nie zainteresowało. Niezbyt nowocześnie ugryziony temat dwóch wystaw, mało atrakcyjny sposób prezentacji eksponatów i mroczny klimat miejsca sprawił, że nie możemy polecić odwiedzin w Arktikum. Najbardziej interesującym punktem całej wizyty jest główny hol budynku, w sporej części przeszklony, który widziany od góry jest podobno swego rodzaju palcem wskazującym północ.

Najładniejszym, co udało nam się zobaczyć w trakcie wyprawy, był dom rdzennych mieszkańców regionu, czyli Saamów. Chociaż spodziewaliśmy się, że rodzina, którą jedziemy odwiedzić, będzie żyła w bardzo skromnych warunkach, okazało się, że z hodowli reniferów można tutaj naprawdę dobrze żyć. Piękny niebieski domek i jego ciepłe wnętrze wyglądały jak z katalogu skandynawskiego designu i podobały nam się najbardziej z całej wyprawy. Stałe połączenie z internetem, system ogrzewania oparty o wodę z głębin pobliskiego jeziora i dużo roślin to nie do końca to, czego się spodziewaliśmy po tym miejscu.

Wioska Świętego Mikołaja

Nie mylić z Parkiem Świętego Mikołaja, bo i taki znajduję się w Rovaniemi i ma charakter parku rozrywki. Z tego, co widzieliśmy na internetowych filmach, to jednak poziom atrakcji w nim dzieli przepaść od tego, co oferują najlepsze światowe parki typu Disneyland. Natomiast Wioska Mikołaja to spory teren, którego komercyjne oblicze jest boleśnie nachalne już od momentu wjechania na parking. Kolejne budynki to głównie sklepy z pamiątkami. Poczta Mikołaja, na przykład, to także sklep, z niewielkim kątem, gdzie można napisać list i odesłać go do rodziny. Poza tym sztuczny kominek i niewielka gablota z listami „z całego świata”. Nasze wyobrażenie z dzieciństwa o tym miejscu było zupełnie inne. Żadnej maszynerii, która przerzuca korespondencję, ani góry listów, które elfy próbują obrobić przed nadchodzącymi świętami. Elfy to tylko kilka symbolicznie przebranych osób, które na kasie naliczają odwiedzających za wybrane w sklepie pamiątki.

Równie nieprzekonująco wypada główny budynek Mikołaja. Długi korytarz, w którym rodzice z dziećmi czekają na krótką wizytę u Świętego, to festynowa dekoracja z plastiku, która nam przywiodła na myśl objazdowe lunaparki z domem strachu i samochodzikami, które na szczęście coraz rzadziej można spotkać w naszym kraju. Samo spotkanie z Mikołajem ma w sobie coś magicznego, i musimy przyznać, że był przygotowany do roli. Na plus też to, że krótka rozmowa nic nie kosztuje, za to zapłacić trzeba za zdjęcia. W pomieszczeniu obowiązuje zakaz robienia swoich fotografii.
W zależności od wybranego pakietu to wydatek między 20 a 40 euro.

Jedzenie

To dosyć przewrotne, że jedną z największych atrakcji tego regionu można najpierw w wielu miejscach podziwiać, a następnie zjeść. Chodzi oczywiście o renifery. Większość lokali w turystycznych okolicach oferuje takie czy inne dania z mięsem tych zwierząt. Zaczynając od pizzy z salami z renifera, poprzez pyszne reniferowe burgery, a kończąc na najdroższych stekach. Nam to mięso bardzo smakowało, ale wyobrażamy sobie, że wiele osób może mieć problem ze zjedzeniem zwierzęcia, które poprzedniego wieczoru się karmiło i głaskało się z zachwytem w zagrodzie. Z wartych odnotowania ciekawostek – można też trafić tu na mięso niedźwiedzia, np. w formie salami. Jedzenie jest generalnie drogie. Spora i smaczna zupa z łososiem i ziemniakami w niewielkim bistro w Rovaniemi kosztowała nas w przeliczeniu prawie 70 zł. Można zjeść taniej, ale za 10 euro dostaniemy co najwyżej kebaba albo słabej jakości danie kuchni chińskiej.

Biorąc pod uwagę tę długą listę potencjalnych powodów do rozczarowania oraz wysoki koszt zakwaterowania i jedzenia w Finlandii, radzimy dobrze przemyśleć decyzję o wyprawie w tym kierunku. Może lepiej próbować uchwycić ducha świąt w swojej okolicy i pozostać przy swoim pięknym, wyidealizowanym wyobrażeniu krainy Mikołaja z dzieciństwa?

laponia / finlandia / rovaniemi / skandynawia / koło pobiegunowe / zwiedzanie rovaniemi / zwiedzanie laponii / zwiedzanie finlandii / wioska świętego mikołaja / park świętego mikołaja / atrakcje laponii / atrakcje finlandii / atrakcje rovaniemi / czy warto odwiedzić wioskę świętego mikołaja / czy warto lecieć do laponii / czy warto odwiedzić rovaniemi / wyprawa do laponii / weekend w laponii / zorza polarna / jak zobaczyć zorzę polarną / ile kosztuje zobaczenie zorzy polarnej /

4 komentarze

  • comment-avatar
    Anonim 05/03/2020 (20:35)

    Widzę,że nic się Państwu nie podobało. Strasznie wybredne towarzystwo.
    Byłem z córką w Laponii i bardzo się nam podobało. Skorzystaliśmy z wielu atrakcji na miejscu i było naprawdę super. Odnośnie cen to Finlandia to nie Białoruś ceny się trochę różnią.
    Może lepiej było zostać w domu i tak nie narzekać na ceny, przyrodę, architekturę, zorzę a raczej brak gwarancji jej zobaczenia. Na balkonie bloku z wielkiej płyty może by się Państwu bardziej podobało.
    Pozdrawiam

  • comment-avatar
    Wiggo 11/05/2020 (08:46)

    Oj wybredne towarzystwo, to be, tamto be. I jeszcze liczyli że zobaczą prawdziwe elfy, OMG, poważnie nie było???? W zimie na północy Fin jest przeważnie, ciemno, zimno, śniegowo, ślisko

  • comment-avatar
    Łukasz 24/05/2020 (13:19)

    Zgorzkniałe pierdy, trzeba już było jechać do tego Disneylandu. Laponia to idealne miejsce do oderwania się od rzeczywistości. Jeden z najpiękniejszych regionów w jakich byłem. Podróżować trzeba umieć i polską mentalność przepełnioną narzekaniem zostawić w domu.

    • comment-avatar
      Obieżysmak 24/05/2020 (16:36)

      Drodzy czytelnicy, nie odbierajcie nam możliwości posiadania własnego zdania. Piękno podróżowania to możliwość odkrywania różnych miejsc, które albo nam się spodobają albo nie. Laponia to chyba jedyne miejsce z tych, które odwiedliśmy i opisaliśmy na naszej stronie, które nas bardzo rozczarowało. Nie jesteśmy zblazowanymi turystami, a naszą ocenę potwierdziliśmy konkretnymi argumentami. Jeśli macie inne zdanie na temat tego regionu, dobrze dla Was. Ale obrażanie nas za to, że nam się nie podobało jest krytyką na poziomie, do którego nie zamierzamy się zniżać.