WYSPY ZIELONEGO PRZYLĄDKA – SAL

Już w drodze z lotniska do Santa Marii, gdzie będziemy mieszkać, zauważamy, że słowo „zielony” w nazwie wysp jest nieco mylące. Za szybą taksówki widzimy raczej pustynne krajobrazy. Podobno tylko o niektórych z 26 wysp należących do archipelagu Republiki Zielonego Przylądka można powiedzieć, że są zielone. Wyspa Sal, którą odwiedzamy, jest raczej sucha i wietrzna. Widoki kojarzą się z pustynią lub sawanną – czasem, gdzieś na środku pustkowia rośnie mały krzaczek lub krzew przypominający akację. Woda jest tutaj ok. 35 razy droższa niż w Polsce; bardziej opłaca się pić piwo lub wino. W naszym apartamencie zobaczymy naklejkę z napisem SAVE WATER, DRINK WINE, do czego będziemy się konsekwentnie stosować, oczywiście,  ze względów ekologicznych.

 

 

 

 

Taksówkarz przywozi nas do Porto Antigo (dosłownie stary port), gdzie będziemy mieszkać na wyspie. Ten klimatyczny, kameralny kompleks apartamentów rzeczywiście znajduje się tuż przy dawnym porcie z XVII wieku. Kiedyś przybijały do niego statki pełne towarów i niewolników, płynące z Dakaru w Senegalu na Antyle. Zatrzymywały się tutaj, ponieważ w porcie na Sal znajdował się punkt tranzytowy i przeładunkowy. Ci najsłabsi niewolnicy odpadali już na pierwszym odcinku trasy na Sal, inni zostawali tutaj, na wyspie, a dalej płynęli pozostali, zazwyczaj ci oceniani jako najwytrwalsi. Po dziś dzień wyspy Zielonego Przylądka, w tym wyspę Sal, zamieszkują pięknie zbudowani, wysocy, prężni potomkowie ówczesnych czarnoskórych niewolników. Jednak Kabowerdeńczycy są potomkami nie tylko niewolników, ale także portugalskich kolonizatorów. Wyspy były bowiem oficjalnie portugalską kolonią od 1496 do 1975 roku. Kiedy odzyskały niepodległość, zmieniły nazwę na Republikę Zielonego Przylądka.

 

 

 

DSC06425

 

DSC06828

 

 

Nie dajemy sobie zbyt wiele czasu na odpoczynek po podróży. Mimo różnicy czasu (choć tylko trzygodzinnej) od razu wychodzimy zwiedzać miasteczko, wyposażeni w aparat i wysmarowani kremem z wysokim filtrem. Widok dwóch bladych osób, a do tego z aparatem w ręku, błyskawicznie ożywia lokalnych sklepikarzy i artystów. Uliczki w Santa Marii są pełne małych galerii ze sztuką afrykańską, a ich właściciele witają nas okrzykami: Welcome, my friends! Nice couple! Come have a look at my shop! Na prawie wszystkich sklepach, poza imieniem właściciela, namalowany jest napis NO STRESS, który nie tylko odzwierciedla tutejszy stosunek do życia, ale jest wręcz dewizą życiową mieszkańców wysp. Cabo Verde, no stress, słyszymy tu i ówdzie i od razu jakoś nam raźniej, przyjemniej, a stresy związane z europejskim tempem życia postanawiamy na chwilę odstawić na bok.

Właściciele galerii ze sztuką i pamiątkami, uliczni handlarze oraz naganiacze, próbujący sprzedać wszystko, od wycieczek objazdowych po zioło, wcale nas nie męczą; można by nawet powiedzieć, że są grzeczni i spokojni. Próbują nas zagaić raz, może dwa razy, a nie widząc zainteresowania, po prostu odpuszczają i pozwalają nam iść dalej. Dzięki temu sami chętniej będziemy wchodzić w interakcje. Po jakimś czasie przekonamy się, że mieszkańcy Santa Marii są kontaktowi i przyjaźni; wcale nie traktują turystów jak maszynki do robienia pieniędzy. Pierwszego lub drugiego dnia mamy już naszego zaprzyjaźnionego lokalesa, który będzie towarzyszył nam przez większość pobytu i przechadzał się z nami po uliczkach miasteczka. Ma na imię Tito.

 

 

 

 

 

 

 

Dobrze jest mieć swoją wtykę w każdym miejscu, tutaj kimś takim staje się dla nas Tito. Pewny siebie, dostojny i spokojny, a zarazem trochę cwany, wprowadza nas kolejno w co ciekawsze, mniej oblegane przez turystów uliczki i zaułki Santa Marii, gdzie mieszka od urodzenia. Lubi „polować” na turystów i wybiera sobie tych, którzy tylko z jemu znanych powodów najbardziej przypadną mu do gustu. Takim osobom następnie towarzyszy w trakcie spacerów po miasteczku, pokazując im swoje ulubione miejsca. To dzięki niemu trafiamy do małego, klimatycznego fryzjera męskiego, do najciekawszych sklepików z lokalnymi wyrobami, a także na targ z pamiątkami, owocami i warzywami. Czaimy się na egzotyczne owoce, ale przekonamy się, że na Sal trudno dostać inne niż banany i papaje. Większość warzyw i owoców importuje się z pozostałych wysp, na przykład z Santo Antão. W ogóle dostęp do wielu produktów spożywczych, zwłaszcza tych bardziej nietypowych, jest na Sal mocno ograniczony. Trudno tu na przykład o dobrą szynkę i żółty ser czy mięso, za to bez problemu kupi się tanią rybę (5 euro za 1 kg tuńczyka prosto od rybaka) lub dobre wino (głównie portugalskie lub hiszpańskie). Większość produktów importuje się z Brazylii, Portugalii, Włoch i Hiszpanii.

 

 

 

 

 

 

 

Spacerując po miasteczku szybko zauważamy, że ulubionym zajęciem dzieci jest capoeira i piłka nożna. Dzieciaki ćwiczą wszędzie, do późnych godzin wieczornych. Tito też lubi piłkę, wielokrotnie zdarzało mu się podbiegać do grającej grupki chłopców i włączać się do gry. Jak się później dowiemy od przewodnika, piłka nożna to tutejszy sport narodowy. Jeden z najsłynniejszych piłkarzy świata, Nani, pochodzi właśnie z Zielonego Przylądka, z wyspy São Vicente. Na Sal są zaledwie 3 większe miasta, a przy tym aż 11 klubów piłkarskich! Gdy w 2013 roku Cabo Verde awansowała po raz pierwszy do finałów Pucharu Narodów Afryki, trener kadry narodowej pracował na wieży kontroli na lotnisku i zarabiał… 1000 euro miesięcznie.

 

 

 

 

 

 

 

Jednego wieczora Tito zabiera nas na skrzyżowanie dwóch uliczek, gdzie mieszkańcy i właściciele małego, lokalnego baru rozstawiają się z tutejszym street foodem. Na dwóch niewielkich grillach leżą kawałki kurczaka, wieprzowiny i sera; to tutaj Tito najczęściej zajada się prostymi, lokalnymi przekąskami. Prawie codziennie wieczorem chodzimy także na caipirinhę do Pubu Calema, gdzie zbierają się głównie lokalesi, a wcześniej na najlepsze włoskie lody w miasteczku. Za słodyczami nasz znajomy nie przepada, więc tylko się nam przygląda, kiedy sprawdzamy kolejne smaki. Wszyscy wsłuchujemy się w ulicznego grajka, któremu całkiem fajnie wychodzą covery anglojęzycznych hitów i ballad portugalskich, pewnie część z nich jest Cesarii Evory, która jest wizytówką Zielonego Przylądka, znaną na całym świecie diwą, napawającą dumą wszystkich Kabowerdeńczyków.

 

 

 

 

 

 

Po dwóch, trzech dniach okazuje się, że bary, knajpki i sklepy Santa Marii są nam już całkiem dobrze znane i bez problemu odnajdziemy się w nich sami, bez naszego towarzysza. Ten za to będzie się z nami udawał na dalsze wyprawy. Zaczynamy od solanek, które znajdują się niedaleko Santa Marii i można się tam wybrać na spacer, marszobieg lub jogging, najlepiej rano lub pod wieczór, gdy jest mniej gorąco. Tito dobrze zna ten teren, pokazuje nam baseny solankowe i kopce soli, ale także prowizoryczne chatki, które przywodzą nam na myśl kadry z „Mad Maxa”. W całej tej okolicy czujemy się trochę jak na planie tego filmu, krajobraz jest w naszym odczuciu wręcz postapokaliptyczny. Kolejne, największe solanki na wyspie znajdują się w okolicy Pedra Lume, na północy wyspy. Na baseny z solą zaadaptowano tam nieckę z kraterem nieczynnego wulkanu. Kiedyś zebraną tu sól eksportowano na cały świat; produkcji na szerszą skalę zaprzestano w 1993 roku. Obecnie w produkowaną tutaj sól zaopatrują się głównie wyspy Zielonego Przylądka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tito ogląda z nami także charakterystyczne dla wyspy małe kościoły i kapliczki. Religią dominującą w Republice Zielonego Przylądka jest katolicyzm, ale spora część Kabowerdeńczyków jest wyznania protestanckiego. Odwiedzamy kościół parafialny w Santa Marii, znajdujący się tuż naprzeciwko Pubu Calema, do którego zaglądamy na caipirinhę. Jednego wieczora Tito spotyka na podwórku przed kościołem kolegę, a my wtedy zaglądamy do środka i przez chwilę uczestniczymy w mszy. Miejsce jest pełne, wszystkie ławki są zajęte. Kościół wypełniają radosne śpiewy, przypominające gospel. Wszyscy stoją, klaszczą, niektórzy podrygują. Odwiedzamy także inne kapliczki Sal. Kościółki są najczęściej białe, z dodatkiem jednego pastelowego koloru (niebieskiego, zielonego lub łososiowego). Część z nich jest opuszczona, mają bardzo skromne, a wręcz surowe wnętrze. W Pedra Lume znajduje się najstarsza na wyspie, piękna kapliczka zwana po angielsku Lady Chapel. Wybudowano ją w 1853 roku. W miejscowości Palmeira podziwiamy zaś kapliczkę Capela de São Jose. Palmeira jest głównym portem na wyspie, to tutaj przypływają statki oceaniczne z dostawami żywności i innymi towarami. Z Palmeiry odpływają także promy kursujące między różnymi wyspami Zielonego Przylądka. Rozkład promów jest nieregularny, a informacji na temat dni, godzin i kosztów rejsów raczej nie znajdzie się w internecie.

 

Kościół parafialny w Santa Marii

 

 

Port w miejscowości Palmeira

 

Capela de São Jose

 

 

Najstarsza na wyspie kapliczka Lady Chapel

 

 

 

Podążając za Tito, odwiedzamy także najważniejsze i najpiękniejsze plaże Sal. Numerem jeden w rankingu Trip Advisora jest plaża miejska w Santa Marii, która w sezonie (czyli mniej więcej od listopada do marca) roi się od turystów. My dotarliśmy na Sal w połowie kwietnia, dzięki czemu nie narzekaliśmy na tłumy. Tito energicznie biegnie plażą, wytyczając nam drogę i witając się z kolejnymi kumplami. Mijamy leżaki i parasole, szkołę surfingu (a na wodzie widać paru początkujących surferów w trakcie lekcji). Tito przystaje przy molo, na którym rybacy handlują złowionymi okazami. W okolicy małego deptaku krążą naganiacze i rozstawiają się sprzedawcy pamiątek. To tutaj mieszczą się największe i najbardziej ekskluzywne hotele, z Morabezą na czele. Na horyzoncie majaczą dźwigi – buduje się pierwszy na Sal Hilton. To jeden z wielu placów budowy na wyspie, hotele i apartamentowce powstają nie tylko w Santa Marii, ale także w okolicy innych miasteczek, na przykład koło miejscowości Murdeira. Być może za kilka, kilkanaście lat wyspy będą przypominały bardziej te Kanaryjskie, ale na razie im do tego daleko. Wciąż udaje się im zachować wyjątkowy, bardziej afrykański klimat, mimo że cieszą się coraz większą popularnością wśród europejskich i rosyjskich turystów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolejna plaża, w okolicy miejscowości Murdeira, nazywana jest Ponta Preta, czy dosłownie czarny kamień. Zawdzięcza nazwę czarnym, wulkanicznym skałom, o które rozbijają się fale. Niebagatelne fale – plaża jest jednym z najsłynniejszych spotów surfingowych na świecie. Przy odpowiednich warunkach (dobry swell) zjeżdżają tu najlepsi surferzy, windsurferzy i kitesurferzy ze wszystkich kontynentów. I zdecydowanie nie jest to miejsce dla amatorów. Tito lubi siedzieć na brzegu i obserwować szalejących na wodzie surfistas. W oddali widnieje jedna z kilku gór Sal, Monte Leão, czyli lwia góra, która kształtem przypomina lwi łeb.

Pojechaliśmy też na plażę kajtową, zwaną przez wszystkich kite beach. Znajdują się na niej szkoła kitesurfingu, mały barek, strefa chilloutu w cieniu. W sezonie miejsce jest bardzo oblegane, na wodzie są setki kitesurferów, zarówno tych początkujących, jak i bardziej zaawansowanych. Mimo że kite beach jest najbardziej przystępnym spotem na Sal, warunki do nauki wcale nie są tutaj łatwe.  Przy brzegu jest zawsze duży przybój, a dalej fale potrafią być naprawdę spore. Trzeba uważać na pływy, bo przy niższym poziomie wody zaczynają tu i ówdzie pojawiać się skałki w miejscu rafy. Warto też zwracać uwagę na żółwie, które lubią sobie popływać wśród kitesurferów, a zderzenie z nimi może nie należeć do najprzyjemniejszych. Na innej z plaż trzeba z kolei uważać nie na żółwie, ale na rekiny. Miejsce nazywa się Shark Bay i, rzeczywiście, można tu wypatrzeć charakterystyczne płetwy na powierzchni wody. Turyści pod okiem przewodników brodzą w bardzo płytkiej wodzie, stąpając po dość nieprzyjemnych kamieniach, by dotrzeć do miejsca, z którego bardzo dobrze widać wyłaniające się raz na jakiś czas rekinie grzbiety. W ten sposób można znaleźć się w odległości nawet 10 metrów od rekina! Pewnie dlatego nasz Tito nie idzie z nami, ale cierpliwie wyczekuje nas na brzegu.

 

Plaża Ponta Preta

 

 

Buracona

 

 

Kite beach

 

 

Shark Bay

 

Tydzień to mało, by poznać wyspę na wylot, ale mamy poczucie, że wykorzystaliśmy go bardzo dobrze. Ostatniego dnia zamawiamy taksówkę na lotnisko, znajdujące się tuż przy stolicy wyspy, Espargos. Szkoda, że nie mieliśmy czasu jej odwiedzić. Podobno mieszka w niej ok. 18 tysięcy osób, podczas gdy na całej wyspie, mierzącej 30 kilometrów wzdłuż i 12 wszerz, łączna liczba mieszkańców wynosi 25 tysięcy. Espargos jest głównym ośrodkiem i „sypialnią” Sal. Często tutaj po całym dniu ciężkiej pracy wracają Kabowerdeńczycy zatrudnieni w hotelach lub restauracjach w bardziej turystycznej Santa Marii. Teraz i my opuszczamy Santa Marię, niestety na dłużej, ale zamierzamy tu kiedyś wrócić, by dalej poznawać Zielony Przylądek  i odkrywać jego inne oblicza – kolejne, może bardziej zielone wyspy? Zdaje się, że na nasz powrót liczy także Tito, który, odprowadziwszy nas do taksówki, zaczyna się nam przyglądać w milczeniu, tęsknym wzrokiem. „Pa, Tito, do zobaczenia następnym razem!”, żegnamy się z naszym przyjacielem. Jednak same słowa nie wystarczą. Dopiero gdy go pogłaskaliśmy,  poczuł się trochę lepiej, a nawet pomerdał ogonem.

 

 

P.S. Na wyspie jest pełno błąkających się, bezpańskich psów. Całymi dniami wylegują się na plażach lub na chodnikach, gdzieś w cieniu. Tito nie jest całkowicie fikcyjną postacią.

 

 

 

 

P.S. 2 Garść praktycznych informacji. Jak się dostać na Sal (i inne wyspy)?

Z Warszawy na wyspę Sal latają czartery biura podróży Itaka, a sezon trwa od grudnia do marca. Bilety w standardowych cenach kosztują ok. 4000 zł od osoby, a te last minute można kupić trochę taniej, za 3000 – 3500 zł (koszt uwzględnia przeloty oraz pobyt w hotelu all inclusive).

Co zrobić, żeby było taniej? Promocje nie trafiają się często i trzeba mieć sporo czasu i samozaparcia, żeby je wytropić. Oto kilka opcji:

  1. Na stronie tuifly.de można kupić tańsze loty z dużym, kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Zdarzają się przeloty za 220 euro w dwie strony na wyspę Sal lub Boa Vista. Samoloty wylatują z różnych niemieckich miast, np. Hanoweru, Monachium, Norymbergi.
  2. Na stronie jetairfly.com można kupić przeloty last minute z Brukseli (wylot w ciągu kilku najbliższych dni). Koszt biletu może wynosić ok. 100 euro w jedną stronę.
  3. Kolejna, możliwe, że jedna z najtańszych opcji, to wykupienie lotu liniami Binter Canarias z Gran Canarii na wyspę Sal (lub inne wyspy archipelagu). Na Gran Canarię z kolei można polecieć bardzo tanio liniami Ryanair. Wszystkie loty w dwie strony potrafią kosztować zaledwie 600-700 zł. Minusem tego wariantu są ograniczenia dotyczące bagażu (nie da zabrać się ze sprzętem windsurfingowym lub kitesurfingowym, a wyspa Sal słynie przede wszystkim z idealnych warunków do uprawiania tych dyscyplin). W Ryanairze za sprzęt sportowy trzeba dopłacić, zaś linie Binter Canarias w ogóle nie umożliwiają transportu takiego sprzętu.
  4. Czasem zdarza się też, że loty w promocyjnych cenach oferują linie lotnicze Republiki Zielonego Przylądka o nazwie TACV (flytacv.com). Można się nimi dostać m. in. na wyspę Sal, Boa Vista, Santiago, São Nicolau, São Vicente z miast takich jak Amsterdam, Lizbona, Madryt, Paryż czy Mediolan.

Wizę kupuje się tuż po wylądowaniu na wyspie, kosztuje 25 euro i pozwala na pobyt na Zielonym Przylądku przez 30 dni. W kraju nie są wymagane żadne szczepienia. Waluta to escudo, ale prawie wszędzie można z niewielką stratą płacić w euro.

Zachęcamy także do obejrzenia naszej toplisty degustacyjnej z wyspy Sal.

Podobne, choć bardziej europejskie klimaty czekają na Ciebie na wyspie Fuerteventura, jednej z Wysp Kanaryjskich.

Jeśli interesują Cię z kolei afrykańskie kierunki, polecamy naszą relację z wyspy Zanzibar.

 

 

 

 

 

/ republika zielonego przylądka / wyspy zielonego przylądka / wyspa sal / zielony przylądek / atrakcje wysp zielonego przylądka / atrakcje na sal / ciekawe miejsca na sal / wyjazd na sal / wyjazd na wyspy zielonego przylądka / ciekawostki o wyspach zielonego przylądka / ciekawostki o sal / wakacje na wyspach zielonego przylądka / wakacje na sal / pobyt na sal / pobyt na wyspach zielonego przylądka / co trzeba zobaczyć na wyspach zielonego przylądka / czy warto jechać na wyspy zielonego przylądka / czego spróbować na wyspach zielonego przylądka / plaże na wyspach zielonego przylądka / plaże na sal / surfing na sal / zwiedzanie wysp zielonego przylądka / zwiedzanie sal / co zwiedzać na wyspach zielonego przylądka / co zwiedzać na sal / afryka / informacje praktyczne o wyspach zielonego przylądka / reportaż z wysp zielonego przylądka / relacja z wysp zielonego przylądka /

11 komentarzy

  • comment-avatar
    Ewa 17/05/2016 (20:34)

    Świetny reportaź. Proszę pozdrowić, pogłaskać Tito ode mnie 😀

  • comment-avatar
    Monika Baczyńska 19/05/2016 (14:42)

    Baaaardzo fajny reportaż! Super się go czyta i przepiękne zdjęcia!
    Długo się zastanawiałam, skąd wzieliście tego Tito, a tu nagle… 😉 hehe. Fajny pomysł!

  • comment-avatar
    S. 22/07/2016 (12:47)

    Świetne kadry, fajna relacja 🙂

  • comment-avatar
    Magda 04/11/2016 (11:16)

    Właśnie przymierzam się do wyjazdu… Relacja bardzo pomocna i ciekawa. Czy możesz coś więcej napisać o przelotach między wyspami i o stanie technicznym lokalnych samolotów? Patrząc na zdjęcia mam wątpliwości, czy mogę zaufać „międzywyspowemu” lotniczemu przewoźnikowi. Pytam, bo nie należę do osób latających bezstresowo 🙂 A w ofercie mam dwa takie loty…

    • comment-avatar
      Obieżysmak 04/11/2016 (17:50)

      Sami nie mieliśmy jeszcze okazji polecieć na inną wyspę niż Sal – mamy dopiero taką wyprawę w planach. Linie, które latają między wyspami archipelagu, to kabowerdeńskie TACV (https://flytacv.com/). Czy to właśnie ich loty masz w ofercie? Jeśli tak, to nie masz się czego obawiać 🙂 Słyszeliśmy od paru osób, które już nimi latały, że oferują dobry standard i samoloty są przyzwoitej jakości. Sami na pewno będziemy przemieszczać się właśnie nimi. Można też pomyśleć o promach, które kursują często i między większością wysp, ale ich rozkładów raczej nie da się odszukać w internecie, więc pozostaje zaplanowanie takiej wyprawy dopiero na miejscu.

  • comment-avatar
    Magda 05/11/2016 (10:17)

    Dziękuję Obieżysmaku za odpowiedż. Mam nadzieję, że mój miejscowy organizator zaproponuje wlasnie te linie… a jak nie, to bede negocjowac 🙂 A prom tez jest w planie. Z wyspy Sao Vicente na wyspe Santo Antao.

  • comment-avatar
    Magdalena 04/05/2017 (12:56)

    witam, bardzo mi się spodobała relacja, rozważamy z mężem wyjazd do Santa Maria i zastanawiamy się czy w lokalnych pubach jest muzyka na żywo, aby usiąść, coś zjeść itp. i posłuchać muzyki. Jeśli Państwo trafili na takie miejsca to proszę o namiary.

    • comment-avatar
      Obieżysmak 16/05/2017 (18:21)

      Witamy, w Santa Maria jest sporo knajp z muzyką na żywo i dobrym jedzeniem. Możemy polecić na przykład takie miejsca:
      Le Prive – muzyka na żywo, kuchnia francuska, a do tego ciekawa atrakcja – „tajemniczy ogród” w lokalu,
      Ocean Cafe – bardziej klub, dobra pizza i tapasy, a we wtorki i środy od godz. 21.00 występy na żywo lokalnych muzyków,
      Hotel Morabeza – w każdą sobotę bufet za 30 euro, a potem muzyka na żywo,
      Sabores & Livros – miejsce bez muzyki na żywo, ale za to z jedną z najlepszych kuchni w miasteczku

  • comment-avatar
    Kasia 14/05/2017 (10:30)

    Dziękuję za przydatne informacje. Właśnie planuje dwutygodniowym pobyt na wyspie Sal z dzieckiem. Czy pobyt na wyspie jest bezpieczny? Jak miejscowi reagują na przyjezdnych? Czytałam o drobnych incydentach jak kradzieże, znalazłam też informację, że lepiej podróżować w zorganizowanej grupie. Ciekawa jestem jak wygląda to z waszego punktu widzenia.

    • comment-avatar
      Obieżysmak 16/05/2017 (18:25)

      Z tego, co wiemy, kiedyś kradzieże zdarzały się częściej. Od paru lat na wyspach jest bezpieczniej, przede wszystkim dzięki temu, że turystyka się rozwija, a więc poziom życia mieszkańców znacząco się podniósł. Nam nigdy nie przydarzyło się nic nieprzyjemnego. Wielokrotnie wracaliśmy do naszego mieszkania po zmroku lub nawet w nocy i czuliśmy się bezpiecznie.

  • comment-avatar
    Magdalena Brud 06/03/2018 (12:10)

    „Woda jest tutaj ok. 35 razy droższa niż w Polsce; bardziej opłaca się pić piwo lub wino.” Pasuje mi to, w środę wylot z Katowic :))))))